Dla większości małych firm nie decyduje model współpracy, tylko dwie rzeczy: kto fizycznie usiądzie do Twojego projektu i czy odbierze telefon za rok. Jedno i drugie da się sprawdzić przed podpisaniem umowy — i poniżej pokazuję dokładnie jak. Od razu odsłaniam karty: jestem freelancerem, więc masz prawo czytać to nieufnie. Dlatego napisałem też sekcję o tym, kiedy uczciwie lepiej wybrać agencję, i nie jest to grzecznościowy akapit.
Freelancer czy agencja — różnica, która naprawdę decyduje przy stronie internetowej
Różnica między freelancerem a agencją to nie jakość i nie cena, tylko sposób podziału pracy. Agencja sprzedaje zespół i ciągłość: kilka osób, procedury, zastępowalność. Freelancer sprzedaje jedną głowę od pierwszej rozmowy do wdrożenia. Przy stronie dla małej firmy zespół rzadko dokłada jakość — częściej dokłada koszt koordynacji między ludźmi, którzy muszą sobie nawzajem tłumaczyć Twój biznes.
To nie jest zarzut wobec agencji. Przy projekcie na trzysta podstron zespół jest jedynym sensownym rozwiązaniem, bo jedna osoba fizycznie nie udźwignie równoległych frontów. Ale strona firmowa na kilkanaście podstron to nie jest ten projekt. Tam każde dodatkowe ogniwo w łańcuchu to kolejne miejsce, w którym Twoja intencja gubi się po drodze.
Kto fizycznie zrobi Twoją stronę
U freelancera odpowiedź jest nudna: ta sama osoba, z którą rozmawiasz. W agencji ofertę składa zwykle ktoś z działu sprzedaży, koncepcję robi projektant, a wdraża programista — często najmłodszy w zespole, bo strona wizytówkowa jest projektem, na którym się uczy. To standardowy sposób działania modelu, nie patologia. Problem zaczyna się wtedy, gdy nikt Ci tego nie mówi.
Jest jedno pytanie, które warto zadać na pierwszej rozmowie, niezależnie od tego, z kim rozmawiasz: „kto konkretnie będzie pisał kod mojej strony i czy mogę z tą osobą porozmawiać przed startem?”. Odpowiedź wymijająca jest odpowiedzią. U mnie ta osoba to ja — kto konkretnie będzie robił Twoją stronę opisałem osobno, razem z danymi rejestrowymi.
Ile to naprawdę trwa
Termin, który podaję klientom, to zwykle od dwóch do sześciu tygodni. Prosta strona firmowa potrafi być gotowa w dwa. I tu jest rzecz, o której branża mówi niechętnie: czas kalendarzowy nie ma prawie nic wspólnego z czasem pracy.
Cały przebieg jednej strony firmowej — od briefu, przez strukturę i treści, po uruchomienie na docelowej domenie — mieści się u mnie w dziesięciu do osiemnastu godzin roboczych. Przy gotowym systemie projektowym i zebranych materiałach zrobiłem klientce z branży ubezpieczeniowej trzynaście podstron w jeden dzień roboczy: stronę o mnie, ofertę, obsługę online, dokumenty, kontakt, zgłoszenie szkody i siedem podstron poszczególnych usług.

Nie piszę tego, żeby się chwalić tempem, tylko żeby dać Ci punkt odniesienia. Kiedy słyszysz „trzy miesiące”, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie jest miara trudności Twojego projektu. To miara kolejki, w której stoisz, albo liczby osób, które muszą się nawzajem doczekać.
Jest za to jedna rzecz, która wydłuża projekty naprawdę i po każdej stronie tak samo: brak materiałów. Nie liczyłem tego dokładnie, ale z pamięci większość opóźnień w moich projektach nie wzięła się z pracy nad stroną, tylko z czekania na treści, zdjęcia albo decyzję, co ma być w ofercie. To nie jest zarzut wobec klientów — prowadzenie firmy zjada dzień, a opisanie własnych usług jest trudniejsze, niż wygląda. Warto tylko wiedzieć, że to Ty jesteś tu wąskim gardłem, i umówić się na to na starcie. U mnie wygląda to tak, że jeśli nie masz materiałów, biorę to na siebie: teksty piszę na podstawie rozmowy, zdjęcia dobieram. Wtedy termin zależy od jednej rozmowy, a nie od Twojego wolnego wieczoru.
Druga rzecz, która potrafi wydłużyć projekt dowolnie: zatwierdzanie na złym etapie. Zmiana układu sekcji na szkielecie to kilka minut. Ta sama zmiana na gotowej, ostylowanej stronie potrafi kosztować dziesięć razy więcej pracy. Dlatego akceptujemy po kolei: najpierw strukturę na szkieletach, potem treść jako zwykły tekst, dopiero na końcu wygląd. Jeśli wykonawca chce Ci pokazać „gotowy projekt graficzny” jako pierwszy materiał do akceptacji, to nie jest przyspieszenie — to przerzucenie ryzyka na Ciebie.
Czym freelancer nadrabia brak zespołu
Najuczciwszy zarzut wobec jednoosobowej firmy brzmi: jedna osoba tego nie wyrobi. Odpowiedź nie polega na tym, że pracuję szybciej niż inni. Polega na tym, że nie zaczynam każdego projektu od zera.
Mam spisany, powtarzalny proces: kolejność kroków od briefu do wdrożenia, bibliotekę gotowych sekcji, listę kontrolną jakości z twardymi warunkami, których projekt nie może nie spełnić, i osobny etap sprawdzania przed publikacją. Część tej roboty prowadzę narzędziami AI — nie do pisania treści za mnie, tylko do rzeczy, w których człowiek się myli: sprawdzania linków, kontroli spójności, wyłapywania braków w danych. Ten sam sposób pracy opisałem przy okazji własnego procesu SEO, który powstał w jeden dzień jako komplet dokumentów, a nie luźnych notatek.
Powiem też, gdzie to ma granicę, bo inaczej brzmi jak folder reklamowy. Proces bez człowieka, który bierze odpowiedzialność za wynik, jest wart tyle co szablon z internetu. Automat nie zauważy, że Twoja oferta jest opisana językiem, którego Twój klient nie używa. To wciąż musi zrobić ktoś, kto z Tobą rozmawiał — i dlatego rozmowa jest u mnie pierwszym, a nie ostatnim etapem. Efekty tej pracy możesz zobaczyć w zrealizowanych projektach.
Największe ryzyko freelancera i jak je sprawdzić w pięć minut
Teraz najpoważniejszy argument przeciwko mnie: a jeśli zniknę? Jeśli zmienię pracę, zachoruję, przestanę odbierać? To jest realne ryzyko modelu jednoosobowego i nie mam zamiaru go rozmywać.
Ale to ryzyko da się sprawdzić, zanim wydasz złotówkę. Cztery rzeczy, każda do zweryfikowania w kilka minut:
- Czy to zarejestrowana firma. Nazwa, forma prawna, numer w rejestrze. Moja spółka ma KRS 0001224366 — możesz to sprawdzić w wyszukiwarce KRS, nie musisz mi wierzyć na słowo.
- Czyje są konta. Domena, hosting i panel WordPressa mają być zarejestrowane na Ciebie, nie na wykonawcę. To jedno ustalenie decyduje o tym, czy odejście wykonawcy jest kłopotem, czy katastrofą. Jeśli usłyszysz „my to trzymamy u siebie, tak jest wygodniej” — to jest czerwona flaga niezależnie od tego, czy rozmawiasz z agencją, czy z freelancerem.
- Czy dostaniesz pliki i dostępy na koniec. Zapisane w umowie, nie obiecane w mailu.
- Czy strona stoi na standardowej technologii. Zwykły WordPress przejmie po Tobie dowolny wykonawca. Autorski system napisany przez jedną firmę przejmie tylko ta firma.
Ta lista działa dokładnie tak samo na agencję. Agencja też potrafi zniknąć — po prostu robi to wolniej i z wyprzedzeniem w postaci wypowiedzenia umowy.
Kiedy uczciwie lepiej wybrać agencję
Są trzy sytuacje, w których nie ma sensu, żebyś do mnie pisał.
Pierwsza: projekt wymaga kilku specjalizacji naraz, w krótkim terminie. Strona, kampania, wideo, system rezerwacji i integracja z Twoim ERP — wszystko na tę samą datę. To nie jest kwestia zdolności, tylko arytmetyki. Jedna osoba robi te rzeczy po kolei, zespół równolegle.
Druga: masz wymóg formalny, którego jednoosobowa firma nie spełni. Przetarg z progiem obrotu, polityka zakupowa korporacji, wymagana umowa serwisowa z karami umownymi i gwarantowanym czasem reakcji w trybie ciągłym. Nie warto tego naginać — po prostu nie jestem właściwym dostawcą.
Trzecia: potrzebujesz stałej obsługi w wielu kanałach jednocześnie. Codzienne social media, kampanie płatne, treści i strona, wszystko utrzymywane na bieżąco przez okrągły rok. To jest praca na kilka etatów, nie na jeden.
Jeśli jesteś w którymś z tych trzech punktów, wybierz agencję. Zaoszczędzisz sobie i mnie rozmowy, która i tak skończy się tym samym wnioskiem.
Jak porównać oferty, żeby to miało sens
Najczęstsze zdanie, jakie słyszę po wysłaniu wyceny, brzmi: „muszę porównać oferty z innych firm”. To rozsądne. Problem w tym, że porównanie po samej kwocie nie mówi prawie nic, bo pod tym samym słowem „strona” kryją się różne rzeczy.
Zanim porównasz liczby, wyrównaj zakres. Sześć pytań, które warto zadać każdemu wykonawcy tak samo:
- Ile podstron jest w tej cenie i co się dzieje, gdy potrzeba siódmej?
- Kto pisze treści — Ty czy wykonawca? To najczęstsze źródło różnicy w cenie i najczęstszy powód, dla którego projekty stoją.
- Skąd będą zdjęcia i czy licencja jest w cenie.
- Na czyje dane rejestrowana jest domena i hosting.
- Co dzieje się po wdrożeniu — kto aktualizuje, kto robi kopie zapasowe, ile to kosztuje rocznie.
- Od kiedy liczy się termin — od podpisania umowy czy od dostarczenia przez Ciebie materiałów.
Przy ostatnim punkcie warto dopytać osobno o drugi rok. Ceny hostingu i domen podawane w ofertach to prawie zawsze ceny promocyjne, obowiązujące przez pierwszy okres rozliczeniowy — przy odnowieniu potrafią wzrosnąć kilkunastokrotnie, a certyfikat SSL bywa liczony osobno. Jeśli wykonawca wpisuje do wyceny „hosting: 29 zł”, zapytaj, ile ten sam hosting kosztuje w drugim roku. To pytanie kosztuje pięć sekund i regularnie zmienia obraz porównania bardziej niż różnica w cenie samej strony.
Dopiero teraz kwoty są porównywalne. U mnie strona firmowa zaczyna się od 3 200 zł i jest to cena za komplet: strukturę, wdrożenie i uruchomienie, nie za sam szablon do samodzielnego wypełnienia. Zakres opisałem na stronie strony internetowej dla małej firmy.
Jeśli w porównaniu wypadnie lepiej ktoś inny — trudno. Wolę stracić projekt niż zrobić go z klientem, który przez cały czas ma poczucie, że przepłacił.
Co z tego wynika dla Ciebie
Freelancer jest lepszym wyborem, gdy spełniasz trzy warunki naraz: projekt mieści się w jednej głowie, zależy Ci na kontakcie bez pośredników i potrafisz sprawdzić wykonawcę przed startem — rejestr, dostępy, umowa, technologia. Agencja wygrywa, gdy potrzebujesz równoległości albo formalności, których jednoosobowa firma nie da.
Jeśli po tej lekturze nie wiesz, po której stronie jesteś, to zwykle znaczy, że jesteś po tej pierwszej. Napisz do mnie — rozmowa jest bezpłatna, trwa kilkadziesiąt minut i kończy się konkretną odpowiedzią, także wtedy, gdy brzmi ona „to nie jest projekt dla mnie”.
